sobota, 26 listopada 2016

"Wszystko może się zdarzyć w ciągu zaledwie jednego dnia"- Gayle Forman "Ten jeden dzień"

Witam was wszystkich po długiej nieobecności. Ogarnęłam trochę swoje obowiązki i mam wolną chwilę na napisanie posta.
Tym razem przyjdę do was z recenzją książki....


"Ten jeden dzień" autorstwa Gayle Forman!


Życie Allyson jest poukładane, zaplanowane, uporządkowane. Okazuje się jednak, że wystarczy jeden dzień, a wszystko może się zmienić. Ostatniego dnia swoich europejskich wakacji Allyson poznaje Willema, obiecującego młodego aktora i wolnego ducha. Willem rożni się Allyson pod każdym względem. Kiedy jednak namawia ją, aby zmieniła swoje plany i pojechała z nim do Paryża, Allyson się zgadza... Ta spontaniczna, nietypowa dla niej decyzja rozpocznie dzień pełen ryzyka i romansu, wyzwolenia i intymności. Nadchodzące 24 
godziny mogą zmienić życie Allyson na dobre...


Muszę przyznać, że opis nie jest zbyt zachęcający. Przynajmniej dla mnie. Tę książkę miałam w planach przeczytać już na początku tego roku, jednak złożyło się tak, że tego nie zrobiłam. Oddałam ją koleżance, od której pożyczyłam. Ostatnio przypomniało mi się o niej i pożyczyłam ją znów. Oczarowała mnie.


Poznajemy Allyson i jej przyjaciółkę, Melanie, w momencie, kiedy stoją w kolejce do kupienia biletów na sztukę Szekspira. Ich obóz dobiega końca. Dziewczyny w ciągu ostatnich kilku tygodni zwiedziły prawie całą Europę. Melanie jest wniebowzięta, jednak Ally, jak sama to określiła "nie ma talentu do podróżowania". Wycieczka nie była dla niej niczym szczególnym.
Allyson szczególnie mocno chciała zobaczyć Paryż, jednak w wyniku protestów jej wycieczka została przekierowana do Brukseli... co wcale nie znaczy, że dziewczynie nie jest dane go nie zobaczyć w czasie tych wakacji. Wręcz przeciwnie.

Czy to dziwne, że wsiadła w pociąg z chłopakiem, którego dzień wcześniej widziała w sztuce? Może troszkę. Czy to dziwne, że od razu się w nim zakochuje i staje się zupełnie innym człowiekiem? Dla mnie tak. Ale nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. 
Czy to dziwne, że wszystko trwa jeden dzień, a potem po Willemie znika ślad, a Allyson, wykorzystana, bez pieniędzy i zrozpaczona musi jakoś wrócić do Londynu, gdzie czeka na nią Melanie? Sami oceńcie.

Wydawać by się mogło, że po jednym dniu nic nie może się wydarzyć. Allyson przekonuje się, że jest zupełnie inaczej. Willem wszystko to określa jako "wypadki"".








Rodzimy się w jeden dzień. Umieramy w jeden dzień. W jeden dzień możemy się zmienić. I w jeden dzień możemy się zakochać. Wszystko może się zdarzyć w ciągu zaledwie jednego dnia.
















Czym według Willema jest miłość?- Piętnem.


Pierwsza część książki kończy się, kiedy Allyson, po pełnym przeżyć dniu w Paryżu wraca do domu. Idzie na studia. Robi na studiach kurs przygotowawczy na medycynę. Jej kontakty z Melanie stopniowo się pogarszają. Ale ona nie może zapomnieć o jednym- tym jednym dniu w Paryżu, z tym jednym chłopakiem. O tym jednym piętnie, które zostawił jej w ciągu tej jednej nocy.

"Piętna są najgorsze, kiedy tylko my je umiemy zobaczyć"



W końcu zbacza na inną ścieżkę- zmienia przedmioty na studiach. Na przedmiocie poświęconym sztukom Szekspira poznaje Dee, z którym zaczyna się dogadywać. Pewnego dnia się przed nim otwiera. I opowiada mu o tym jednym chłopaku.

"-No więc był jeden facet...-zaczynam.
Dee kręci głową i cmoka cicho językiem, jak czule karcąca babcia.
-Zawsze jakiś jest"







I postanawia go odszukać.
Zbiera pieniądze.
Wraca do Paryża.







Ale... jakie są szanse na odnalezienie kogoś, kiedy wszystkie informacje, które posiadasz na jego temat zajmują niecałe pół strony w zeszycie w kratkę?
Marne. Co najmniej.
A jednak, Lulu zaryzykowała. Allyson by się na to nie zdobyła. A może obie z nich są tą samą osobą?
I ostatnie pytanie- czy Willem jeszcze na nią czeka?

"Uświadamiam sobie, że nie wystarczy wiedzieć, jak ktoś się nazywa. Trzeba wiedzieć, kim jest."



Do dziś nie wiem, czego tak uparcie naprawdę szukała Allyson. Czy tej siebie, w którą zmieniła się tego jednego dnia w Paryżu? Tej dziewczyny, w którą tak diametralnie się zmieniła? (W końcu to nie była ona, nie Allyson Healey, tylko Lulu). A może naprawdę jej priorytetem było odnalezienie Willema. W każdym razie, jedno z dwóch się znajduje. 


Paryż. Szekspir. Teatr. Piętno.
Czy istnieje bardziej klimatyczna książka?
Nie istnieje. No, przynajmniej według mnie.

"Ten jeden dzień" czyta się bardzo szybko. Zakwalifikowana do "dla młodzieży", jednak przeznaczona również dla starszych czytelników.
Jej minus? Główna bohaterka.
Naprawdę nie wiem dlaczego, ale działała mi na nerwy od pierwszej strony.
Narzekała, na wycieczkę, na rodziców, na strój przyjaciółki. Myślę, że nie da się zliczyć rzeczy, które zdążyła skrytykować przez 375 stron tej ciekawej lektury.
Następnie, infantylna. Nudna. Naiwna.
Umówiła się z chłopakiem na JEDEN DZIEŃ w Paryżu. Podobno apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po kilkudziesięciu stronach odniosłam wrażenie, że najlepszym rozwiązaniem dla niej byłoby to, że Willem obieca jej resztę życia. Do tego nieznajomym chłopakiem. Przepraszam, ale która dziewczyna by się na to zgodziła? Nie zna chłopaka, nie zna Europy, nie zna jego intencji. Od kiedy tylko go zobaczyła, zaczęła zachowywać się jak w amoku. Ale to, co wyprawiała w Paryżu, według mnie, przerastało wszelkie normy dziwnych zachowań. A widziałam ich wiele.
Dawno nie spotkałam się z tak denerwującą bohaterką.
Nawet nie wiem jak ją opisać.

Inni bohaterowie też nie powalili mnie na kolana. Chyba, że pod względem swojej głupoty. Melanie- w ciągu 375 stron książki była dziesięcioma innymi osobami.
Willem, niby nonszalancki i przystojny Holender, jak dla mnie męska prostytutka. Może i go nie rozumiem. Z opisu Allyson tak to wyglądało.
Rodzice Allyson, o zgrozo, nie wiem jak można robić coś takiego własnemu dziecku.

Gdyby nie bohaterowie, moja ocena na pewno byłaby wyższa. Oprócz nich, każdy motyw byl strzałem w dziesiatkę.
Piękny, romantyczny Paryż, fascynujący teatr, dzieła Szekspira, motyw zmiany osobowości i wcielania się w różne role.
Jak dla mnie książka była magiczna. Cytaty w niej zawarte chciałam wytapetować sobie na ścianach w pokoju. Historia, która wydaje się nieprawdopodobna urzekła mnie i wciągnęła tak bardzo, że potrafiłam pochłonąć kilkadziesiąt stron na raz, tak, jakbym w ogóle nie złapała tchu.
Niektóre wątki dały mi do myślenia. Niektóre frazy skłoniły do refleksji. Udowodniły, że chociażby na jeden dzień można stać się kimś innym.
"Ten jeden dzień" sprawiła, że zrozumiałam, "że najważniejsze jest nie to, aby być, ale to, w jaki sposób być.".

Moja ocena? 8/10


Niedługo zabieram się za drugą część. Mam szczerą nadzieję, że się nie rozczaruję. 








To by było na tyle w dzisiejszym poście. Jeśli jeszcze nie czytaliście, polecam. Jeśli ktoś czytał, mam nadzieję, że będę miała okazję przeczytać waszą opinię na jej temat.
Wszystkie komentarze i obserwacje bardzo doceniam i odwdzięczam się, więc zostawiajcie linki do siebie.
do zobaczenia w następnym poście,


A i jeszcze jedno,

C'est courageux d'aller dans l'inconnu.

                                                                               Pozdrawiam, Dominika

piątek, 11 listopada 2016

Kilka pomysłów na to jak produktywnie, lub mniej produktywnie spędzić weekend

Hejka! Dziś przychodzę do was z pomysłami jak spędzić weekend tak, aby się nie nudzić. Często z utęsknieniem czekam na weekend, ale w niedzielę wieczorem uświadamiam sobie, że nie zrobiłam nic produktywnego przez cały ten czas. Postanowiłam, że podzielę się z wami kilkoma moimi pomysłami, co robić, żeby nie nudzić się i być zadowolonym z wykorzystanego mądrze czasu.
Zapraszam!


1. Poćwicz
Bardzo często chcemy zrobić coś ze sobą, swoim ciałem, schudnąć lub umięśnić brzuch. Nie podobają nam się poszczególne części naszego ciała. W ciągu tygodnia mamy wymówkę- nie chce mi się, jestem zmęczona po szkole, nie mam czasu. Kiedy przychodzi wolny weekend- nawet nie myślimy o ćwiczeniach... Może czas zacząć? Nie mówię o spędzaniu długich godzin na poceniu się i wyciskaniu z siebie całej energii- wystarczy piętnaście minut na sam początek. Z czasem się przyzwyczaisz, zechcesz robić to częściej, (i nagle magicznym sposobem w tygodniu znajduje się na to czas!), nie będziesz się nudzić... a nawet zauważysz efekty! Więc wyjdź na szybki spacer, pójdź na siłownię, albo włącz w domu trening Chodakowskiej- zobaczysz, od razu poczujesz się szczęśliwsza i mniej znudzona!















































     

2. Zaproś znajomych.

W tygodniu często nie ma czasu na robienie niczego innego niż tego, co związane ze szkołą i codziennymi obowiązkami- bardzo rzadko znajdujemy czas na spotkania ze znajomymi. Za to w weekend jest dużo czasu na spotkania! Zaproś znajomych do siebie- zróbcie sobie maraton filmowy, zamówcie pizzę, powygłupiajcie się. Albo po prostu posiedźcie i pogadajcie. Spędźcie razem trochę czasu- żadne z was nie będzie skazane na nudę albo samotność.
Zawsze możecie wybrać się do miasta- do przytulnej kafejki lub galerii handlowej, może do kina. Spędzanie czasu ze znajomymi to dobry sposób na nudę, a także okazja do lepszego poznania się i zintegrowania!








































































3.  Zrób małe porządki.
Twoja szafa wygląda, jakby przeszło przez nią "małe" tornado. Nie wiesz co gdzie leży, nie możesz znależć swojej ulubionej bluzki, bo rano zaspałaś i musiałaś wrzucić wszystko z powrotem do szafy w tempie natychmiastowym? A może po prostu masz za dużo ubrań, większość tylko leży i się kurzy, a ty nie masz czasu na wyrzucenie ich. Weekend to idealny czas na drobne porządki! Nie mówię o wysprzątaniu całego mieszkania na błysk, ale np. ogarnięcie garderoby. Poskładanie, poukładanie, wyrzucenie zbędnych ubrań. Twój weekend stanie się choć trochę bardziej produktywny, ty będziesz z siebie dumna i mniej znudzona, a twoja szafa podziękuje ci za zlitowanie się nad nią :D

















































4. Wybierz się na wycieczkę i pozwiedzaj.
Nie mówię tutaj od razu o wyjeździe do sąsiedniego kraju, albo miasta oddalonego jakieś trzysta kilometrów. Często jest tak, że nie doceniamy walorów tego, co jest blisko nas. Okazuje się, że nawet nie wiedzieliśmy, że w naszym mieście jest muzeum albo wieża widokowa. Nie rozumiemy turystów, którzy przyjeżdżają specjalnie do naszego miasta po to, żeby je zwiedzić. A jeżeli już naprawdę nasze miasto nie ma nam nic do zaoferowania- pojedź do miasta obok. Nierzadko to tylko niecała godzina drogi (no, może trochę ponad), a naprawdę jest co zwiedzić. Po prostu skorzystaj z pomocy wujka google, a sam się przekonasz, że jest co odwiedzić w pobliżu ciebie.







































5.  Zaplanuj tydzień.
Kolejny raz o tym, jak bardzo dużo obowiązków mamy w tygodniu. Szkoła, powrót, obiad i zaraz się okazuje, że chcemy zrobić wiele rzeczy, na biurku stos pracy domowej, do nauczenia tona materiału na trzy sprawdziany. A my mamy ochotę rzucić się na łóżko i zasnąć... Robimy milion rzeczy naraz, uczymy się, przeglądamy instagram, bo "w końcu dodała fotkę, trzeba zobaczyć", a tu przyjaciółka pisze, no to trzeba odpisać i tak jakoś nawiązuje się rozmowa o czymś albo o niczym... Na zegarku dwudziesta pierwsza, mózg nie pracuje, a trzeba zabrać się do lekcji... Na to jest całkiem dobra rada: zaplanuj sobie tydzień. Rozpisz sprawdziany na cały tydzień, zaplanuj odpoczynek i naukę. Znajdziesz czas na wszystko, jeśli będziesz trzymała się planu. Oczywiście nie dajmy się zwariować- kilka minut odstępstwa, albo nieplanowana przerwa na herbatę czy przesłuchanie tej nowej piosenki, o której wszyscy gadają to nie przestępstwo. Chodzi o zarys planu działania, tak, abyś wiedziała ile czasu możesz poświęcić na poszczególne czynności. Mniej stresu w tygodniu, a weekend wykorzystany troszkę produktywniej :)







































6.  Spróbuj wykonać makijaż, który ci się podoba.
Zawsze chciałaś malować się tak, jak ta dziewczyna, ale nie potrafisz zrobić takich ładnych kresek, albo nałożyć cieni, bo wyglądasz jakby ktoś podbił ci oko. Weekend to najlepszy czas na to, żeby nabyć nowe umiejętności. Poszukaj w internecie jakichś makijażowych inspiracji i próbuj, próbuj, próbuj. Nabierzesz wprawy i nie zmarnujesz weekendowego czasu wolnego.


















































7. Obejrzyj film/serial lub poczytaj książkę.
Ten film od dawna za tobą chodzi, a książka nieprzeczytana leży na półce od kilku miesięcy. Wygląda kusząco, ale... nie ma czasu. No, ale w weekend jest go bardzo dużo. Idź do kina, lub zorganizuj własny seans. Weź tą książkę z półki i poczytaj. Spędzisz miło czas i nie będziesz się nudzić. To akurat dość pospolity sposób na spędzanie weekendu, ale mimo że tak prosty naprawdę się sprawdza.

















































8. Udekoruj pokój lub zrób jakieś DIY.
Twój pokój wydaje się pusty, nudny. Chciałabyś dodać do niego coś, co go ożywi, nada charakteru, ale nie masz na to czasu.  Kup ramki i umieść w nich swoje ulubione zdjęcia z bliskimi. Wydrukuj zdjęcia z inspiracjami, przyklej na ścianie. Przyczep lampeczki nad łóżkiem. Pomysłów są miliony. Wystarczy chwila czasu i chęci. Chwilę czasu już masz więc.... :) Zawsze wyjściem jest zrobienie czegoś własnoręcznie. W internecie roi się od pomysłów na DIY, więc zerknij do internetu i stwórz coś samodzielnie!


























9. Zrób sobie poranne lub wieczorne SPA.
Weekend to idealny czas na poświęcenie uwagi swojej twarzy. Zrób sobie maseczkę, peeling, nałóż krem nawilżający. W tygodniu nie ma czasu na bardziej czasochłonne zabiegi, dlatego w weekend możesz się na nich skupić. Zajmą ci sporą ilość czasu, ale w końcu weekend nie jest od tego, żeby przeleżeć go na kanapie, a poźną niedzielną porą zdać sobie sprawę z tego, że w sumie nic konkretnego nie wykonałaś.































To już wszystkie pomysły na spędzenie weekendu, które chciałam przedstawić. Dajcie znać w komentarzach, jak wy produktywnie spędzacie weekend. Zostawiajcie linki do swoich blogów, na pewno wpadnę się odwdzięczyć za każdy kom i obserwację!

                                                                                                                         
zdjęcia- weheartit

Do zobaczenia w kolejnym poście!
Dominika

niedziela, 6 listopada 2016

Autumn Hits

Hejka! Dzisiaj przychodzę do was z postem "Autumn Hits", w którym przedstawię wszystkie hity mojej jesieni. Nie przedłużając wstępu zapraszam do rozwinięcia :)


1. Nowy album Taco Hemingwaya "Marmur"
Niedawno opublikowany album dość znanego dzisiaj rapera Taco Hemingwaya. Liczy czternaście utworów, z czego jeden "Deszcz na betonie" został opublikowany już na początku lipca, jako zapowiedź całego albumu (w albumie zamieszczona jest trochę zmodyfikowana wersja, sama jednak wolę tą pierwszą). Czekałam na ten album z niecierpliwością,  ze względu na to, że "Deszcz na Betonie" totalnie mnie oczarował. No i się doczekałam! Wedlug mnie jest to najlepszy album Taco. Uwielbiam melodię bitów i trochę mroczny, jesienny klimat każdej piosenki. Towarzyszy mi już od publikacji i będzie towarzyszył jeszcze przez wiele długich, chłodnych wieczorów.
Cały album jest do pobrania za darmo i do odsłuchania, np. tutaj :)








"Męczy oraz dziwi wszystko, zawsze czułem, że ja mogę w każdej chwili zniknąć"- Marmur












"Chcę powodzi zanim uschnie ląd, krzyczę, że cię kocham, ale nie wiem czy to już nie błąd"- Grubo-chude psy













"Tęsknisz za przeszłością bo ci coraz szybciej płyną dni?Lecz pamiętaj:Nie wie się o “starych dobrych czasach”, gdy się żyje w nich“Stare dobre czasy” trwają teraz, to przywilej żyć"- żywot












2. Kolejnym hitem mojej jesieni jest zielona herbata z pigwą. Do tej pory nie piłam zielonej herbaty. Zazwyczaj pijałam czarną, jednak dowiedziałam się o korzyściach, jakie niesie ze sobą picie herbaty zielonej. Zawiera ona w sobie liczne witaminy (np. A, C lub E), a także mikroelementy, jak wapń czy potas. Stymuluje umysł, niweluje uczucie zmęczenia, a także przyspiesza metabolizm. Brzmi niebywale i bardzo naukowo, ale sama u siebie zauważyłam korzystne działanie. Mnie zielona herbata z pigwą bardzo zasmakowała i polecam serdecznie. Wiadomo, że bardzo ciężko będzie przestawić się ze smaku czarnej hebaty na zieloną, ale dla takich korzyści naprawdę warto :)





































3. Kolejnym moim osobistym hitem tej jesieni jest... fitonia :)
Może wydawać się dziwne, że jako hit wybrałam sobie jakiegoś kwiata, jednak jest to mój własny kwiatek. Sadziliśmy je w szkole, na biologii, a poźniej można było wziąć je ze sobą do domu. Moim zdaniem te kwiatki są bardzo ładne, a ich rozmiar pozwala na to, aby postawić je w każdym miejscu, Jako ozdoba do pokoju totalnie się sprawdza, nie zajmuje dużo miejsca. U mnie stoi na komodzie. Temperatura pokojowa jest dla niej idealna, ale ważne jest też, aby powietrze było wilgotne. W zimę wystarczy podlewać ją obficie raz w tygodniu.





Moja fitonia ma piękne różowe listki, były też fitonie z białymi listkami. Występują fitonie w większych rozmiarach, jednak moim zdaniem ten jest praktyczny i idealny jako delikatna ozdoba.




                   


















4. Kolejną rzeczą o której nie sposób nie wspomnieć jest książka. Tej jesieni polecam książkę Reginy Brett pt. "Jesteś cudem". Wspominałam o niej ostatnio, wspominam teraz i przymierzam się do opublikowania na blogu recenzji. Książka ta jest zbiorem pięćdziesięciu lekcji, które mają na celu uświadomić czytelnikowi, że szczęście zależy od niego samego, od jego wyborów, od jego decyzji. Regina Brett motywuje i wierzy w każdego swojego czytelnika. Idealna książka na porę roku, w której nietrudno jest złapać dołka. Zdecydowanie najlepsza książka mojej jesieni.







"Gdybyśmy cały czas byli szczęśliwi, przestałoby nas to cieszyć."











5. Piąty już hit mojej jesieni to pomadka wibo, Million Dollars Lips nr 1. Jej kolor wpada w fiolet, ma kremową konsystencję i jest matowa. Zakochałam się w niej, uważam, że ładnie wyglądała na ustach. Jedynym jej minusem jest to, że trochę się kleiłam jednak nie było to aż tak uciążliwe. Zapłaciłam za nią niecałe dwanaście złotych i jak za tą cenę była naprawdę świetna. Miała bardzo dobrą trwałość i ścierała się równomiernie. Jednak radości stało się zadość, bo niedawno ją zgubiłam. W najbliższym czasie planuję kupić tę samą, ponieważ był to strzał w dziesiątkę. Poniżej zamieszczam zdjęcie pomadki, jednak nie jest moje, bo jak już wspomniałam, zgubiłam ją.




6.  Ostatnim już hitem tej jesieni jest kocyk, który kupiłam już w tamtym roku w Pepco za trzydzieści złotych, jednak wrzuciłam go w szafę i kompletnie o nim zapomniałam. W tym roku, zamarzając na kość przypomniałam sobie o nim i przeszukałam szafę- znalazłam i od tej pory nie rozstaję się z nim. Ten kocyk jest zdecydowanie moim ulubionym- jest cieplutki i bardzo mi się podoba jego wizualna strona. Polecam wszystkim zmarźluchom- na pewno przyda się w najbliższym czasie! 
                              



To by było na tyle w dzisiejszym poście. Mam nadzieję, że spodobały wam się moje jesienne hity. Wszelkie komentarze bardzo mnie motywują, więc jeżeli już tu wpadłeś- zostaw po sobie ślad. Jeśli masz ochotę zostać to na dłużej- obserwuj! Zostawiajcie w komentarzach linki do swoich blogów- na pewno wpadnę w wolnym czasie. Prawie wszystkie zdjęcia z dzisiejszego postu są mojego autorstwa, nie jestem w tym specjalistką, więc wszelkie rady i uzasadniona krytyka się przyda. To wszystko, do zobaczenia w kolejnym poście! Pozdrawiam, Dominika.


piątek, 4 listopada 2016

Serial na jesień

Hejka! Dzisiaj postanowiłam polecić wam serial, który moim zdaniem jest idealny na jesień. Oglądajcie, póki jesień jeszcze za oknem, bo u mnie już wczoraj spadły pierwsze płatki śniegu.. niedługo nasza złota pora roku zostanie przysypana śniegiem!


Otóż, serialem, który chcę wam polecić jest...


                                                 AMERICAN HORROR STORY

W tym poście polecam tylko sezon pierwszy. Obejrzałam go bardzo szybko i z wielką przyjemnością.

Tytuł sezonu pierwszego to "Murder House", co oznacza "Dom Morderstw". Ten sezon liczy dwanaście odcinków. Zadebiutował na ekranach w 2011 roku, jednak do dziś cieszy się sporą popularnością. Obecnie trwa już szósty sezon, jednak każdy z sezonów stanowi odrębną fabułę.
O czym dokładnie opowiada pierwszy sezon?

Vivien i Ben Harmonowie przeprowadzają się do Los Angeles razem z Violet, ich nastoletnią córką. Chcą zapomnieć o problemach. Ich nowym domem staje się stara, ogromna rezydencja. Mają nadzieję, że zdrada Bena, poronienie Vivien i skłonności autodestukcyjne Violet wyprowadzą się z ich życia tak nagle, jak oni wyprowadzili się z Bostonu.
Nie mieli pojęcia, że z deszczu wpadli pod rynnę.
Ich zewnętrznie piękny dom co najmniej przeraża w środku.
Można byłoby powiedzieć, że straszy...
Ben jest psychiatrą. Próbuje odzyskać zaufanie swojej żony po zdradzie z młodszą pacjentką. Szybko zaczyna przyjmować w swoim domu pacjentów.  Jednak chorzy psychicznie pacjenci i  nawiedzony dom to nie jest dobre połączenie. Tym bardziej wtedy, kiedy przeszłość nie daje o sobie zapomnieć, mimo że sam Ben bardzo nie chce o niej pamiętać...
Vivien zachodzi w ciążę. Wydaje się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, bo w końcu bardzo tego chciała. Nie jest jednak przekonana, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku. Zwierza się Constance, która mieszka w sąsiedztwie.
Constance lubi przygody seksualne i młodszych mężczyzn. Wychowuje Abbie, która jest chora na zespół Downa. Bardzo dobrze wie, co dzieje się w domu Harmonów...
Wraz z Moirą, pomocą domową Harmonów bardzo się nie lubią. Moira była kiedyś kochanką jej męża. Teraz Constance postrzega ją już jako starą, niegdyś zamordowaną kobietę... Zupełnie inaczej Ben postrzega Moirę. Czy to działa wyobraźnia, czy może zupełnie coś innego?
Violet poznaje Tate'a, który jest pacjentem jej ojca. Szybko coś między nimi zaczyna iskrzyć. Tate to chodząca zagadka. Jego postać szokuje ją od samego początku, jednak.. największy szok dopiero przed nią. Violet przeraża Tate, a Tate'a... normalni ludzie. Czy tych dwoje połączy wieczność?
W rezydencji Harmonów nieustannie pojawia się ktoś nowy. A może to właśnie oni pojawili się w tym domu ostatni? Ciekawe, czy pozostaną w nim, mimo nieproszonych gości. O ile to oni nimi nie są.











Jak już mówiłam, bardzo szybko i z wielką przyjemnością obejrzałam pierwszy sezon.  Losy Harmonów nie pozostawały mi obojętne, dlatego z każdym odcinkiem moja ciekawość rosła.
Gatunek serialu jest określany jako dramat, horror, jednak nie określiłabym go w ten sposób. Zresztą, sam gatunek nie jest tu najistotniejszy.
Uważam, że ten serial jest idealny na jesień, ponieważ charakteryzują go nieco mroczne klimaty. Ciemność za oknem, ciemna lampka, dająca delikatne światło i American Horror Story... tak wygląda idealna jesienna noc.




























Historia miłosna Tate'a i Violet mimo wszystko mnie urzekła. Wydarzenia, czasem nie do końca zrozumiałe, nieustannie trzymała w napięciu. Zwroty akcji i dziwne zdarzenia potęgowały moją ciekawość. To, że nic nie było takie, jakie wydawało się na pierwszy rzut oka przyprawiało mnie o dreszcze.





















Podsumowując, serdecznie polecam American Horror Story: Murder House. Przyznam, że próbowałam wziąć się za drugi sezon i był całkiem niezły, jednak trochę mnie nudził i odpuściłam sobie. Przy pisaniu tego posta naszła mnie ochota na mroczny serial z klimatem i być może wrócę do AHS.
A wy oglądaliście AHS? A może polecacie jakieś inne seriale z mrocznym klimatem, idealne na jesień. Piszcie w komentarzach, zostawiajcie linki do swoich blogów. Obserwujcie, jeśli macie zamiar wpadać tu częściej!


                                                                                                                tekst- własny
                                                                                                                zdjęcia- jedno własne
                                                                                                                              weheartit
To by było na tyle w dzisiejszym poście. Do napisania!






wtorek, 1 listopada 2016

To, co lubię w jesieni

Witam wszystkich w pierwszym dniu listopada. Za oknem deszcz i coraz niższe temperatury. Muszę przyznać, że październik minął mi zdecydowanie za szybko i bez większych rewelacji. Cały miesiąc spędziłam ucząc się, czytając i popijając herbatę pod kocem w piątkowe wieczory.
W dzisiejszym poście postanowiłam opowiedzieć trochę o tym, jak spędzam jesień i co w niej lubię. W punktach przedstawię rzeczy, które szczególnie przypadają mi do gustu w tę porę roku.
















1. Odpoczynek pod kocem z herbatą i książką.






Według mnie to jest najlepsza rzecz w jesieni. Kiedy za oknem zaczyna się ściemniać coraz szybciej, a temperatury nie sprzyjają wyjściom, uwielbiam zaszyć się w domu, pod kocykiem, z ciepłą herbatą lub kawą i dobrą książką. Szczególnie w piątkowe wieczory, kiedy wyczerpana po całym tygodniu, jedyne czego potrzebuję to odpoczynku. Czuję wtedy, jak cały tygodniowy stres ze mnie ulatuje i odprężam się, wnikając w świat bohaterów.

Tej jesieni szczególnie polecam książkę Reginy Brett pt. "Jesteś cudem". Nie dość, że jest świetnie napisana i daje do myślenia, to bardzo skutecznie zapobiega jesiennej chandrze!







2.  Duże i długie, ciepłe swetry.



Kolejną rzeczą, która naprawdę urzeka mnie w tę jesienną aurę jest noszenie dlugich i ciepłych swetrów. Uwielbiam, gdy do sieciówek wchodzi już jesienna kolekcja. W każdym sklepie aż roi się od swetrów, a ja zdecydowanie kocham swetry. W letnią pogodę nie mogę pozwolić sobie na noszenie ich, ponieważ najzwyczajniej byłoby mi za gorąco, dlatego zawsze bardzo się cieszę, gdy za oknem robi się chłodno, a ja mogę zamienić koszulki z krótkim rękawem na obszerne swetry lub wierzchnie, długie kardigany.





3. Ciepłe piżamy i skarpetki





Uwielbiam ten czas, kiedy mogę swoje krótkie piżamy zamienić na długie i ciepłe. Uwielbiam ten czas, kiedy chodzenie boso przestaje być przyjemne i trzeba założyć kapcie lub ciepłe skarpetki. Jestem zauroczona w takich rzeczach, Są urocze i dają ciepło, a mnie nie potrzeba do szczęścia nic więcej.












4. Nastrojowa muzyka.




Jestem raczej zwolenniczką dwóch gatunków muzyki: rapu i indie rocka. Ta muzyka sama w sobie jest dość nastrojowa, jednak gdy nadchodzi wakacyjna aura, zawsze nieco modyfikuję swoją playlistę, wzbogacam ją o radośniejsze, żywsze piosenki. Kiedy już lato przeminie, zazwyczaj wracam do muzyki, którą kocham najbardziej: nastrojowego indie rocka, smutnego rapu, refleksyjnych piosenek. Uważam, że takie piosenki zdecydowanie komponują się z deszczową pogodą. Można pomyśleć w spokoju, posmucić się w towarzystwie muzyki, a także wyłączyć się i skłonić do refleksji.

Tej jesieni na mojej playliście furorę robią: Tom Odel- Heal
Deys- Cera
Zeus- Domek w górach


5. Ciemne, zgaszone kolory.






O ile w porze letniej moje ubrania są bardziej jaskrawe i kolorowe, o tyle w porze jesieni ubieram raczej ciemne i stonowane kolory: burgund, zgniła zieleń, szarości, czerni, czasem biel. W tym roku w mojej szafie oraz kosmetykach zdecydowanie króluje burgund i zieleń. Te kolory bardzo przypadły mi do gustu i mogłabym kupować tylko takie ubrania. Oprócz tego szarości, biele i czerń, które są tak uniwersalne, że nadadzą się do każdego outfitu.


























6. Jesienna aura, kolorowe liście, smutne niebo.







Czyli najprościej mówiąc- jesień. Cenię tę porę roku za to, że w końcu można przystopować, pomyśleć, zwolnić. Przywołać wspomnienia letnich dni, kiedy ponosiło nas szaleństwo. Spojrzeć wstecz i się uśmiechnąć, usiąść na ławce w parku i pomyśleć. Rozejrzeć się i zobaczyć, że świat jest piękny o każdej porze roku.










To by było na tyle w dzisiejszym poście. Jeżeli ktoś to czyta, bardzo proszę o zostawienie po sobie śladu. Na pewno się odwdzięczę! Możecie zostawiać linki do swoich blogów- na pewno wszędzie wpadnę! Nie zależy mi na obs za obs- wolałabym stałych czytelników. Obserwuj jeśli masz zamiar wpadać tu częściej!


                                                                                                              Tekst: własny
                                                                                                        Zdjęcia- weheartit

Do zobaczenia w kolejnym poście!